Ciechocinek na drodze poszukujących zdrowia

Ciechocinek

Od czasów starożytnych człowiek instynktownie peregrynował ku miejscom, gdzie, jak sądził, i jak wynikało z szeptanej „reklamy”, podczas pobytu mógł znaleźć zbawienne skutki dla zdrowia. Na tak skalkulowaną podróż do miejsc kuracji i odpoczynku mógł pozwolić sobie ktoś, kto nie cierpiał biedy, a dodatkowo pokładał nadzieję w skutecznym remedium, gdy tradycyjna medycyna okazywała się bezradna. Gęsta sieć takich uzdrowisk pokrywała niemal cały stary kontynent, ale nie tylko Europejczycy podróżowali dla zdrowia. Kuracja, spa, święte źródła – to zjawiska stare jak cywilizacja a ta rozwijała się w różnych miejscach globu. Cudowne właściwości ciepłych kąpieli, pomagające zwalczyć sporo dolegliwości, znali z całą pewnością Japończycy, Chińczycy, Egipcjanie i Asyryjczycy, co zaświadczają teksty starodruków. W Indiach od tysięcy lat znana jest ajurweda, nauka medyczno-filozoficzna, zalecająca leczenie ciała z toksyn przy pomocy wody. Oczywiście, bliżej naszym wyobrażeniom o zjawisku choćby wodolecznictwa, czy uzdrawiania minerałami jest spuścizna materialna, pozostała po starożytnych Grekach i Rzymianach. Antyczni Grecy uważali, że źródła wód, zwłaszcza gorące, przynoszą zdrowie i zakładali przy nich świątynie zdrowia, czyli, mówiąc językiem współczesnym, po prostu sanatoria. Tradycję tę przejęli od nich starożytni Rzymianie, zakładając słynne termy. Były to łaźnie publiczne ze źródłami mineralnymi lub termalnymi, w których można było zażywać kąpieli w basenach z wodą w różnych temperaturach, a także uprawiać życie towarzyskie. Za panowania Marka Aureliusza Antoniusza, zwanego Karakallą, powstały największe termy, zwane Termami Karakalli. Rzymianie budowali swoje termy na terenie całego imperium, a ich pozostałości można dziś znaleźć w wielu słynnych miejscowościach uzdrowiskowych, np. w angielskim Bath, bułgarskiej Warnie czy niemieckim Baden-Baden. Miejscowością uzdrowiskową o bogatych tradycjach, sięgających starożytności, jest też Budapeszt. Podobno Rzymianie skolonizowali zachodni brzeg Dunaju przede wszystkim dlatego, że chcieli mieć dostęp do występujących licznie w okolicy dzisiejszej stolicy Węgier gorących źródeł.

Tradycję podróżowania w celach zdrowotnych, choć nie na tak dużą skalę, kontynuowano w średniowieczu. Nie jest prawdą, że to okres dominacji brudu i braku higieny. Można było wówczas zaznać, w miejscach  do tego przeznaczonych, dobroczynnych kąpieli, tyle tylko, że Kościół, upatrujący w żywiołach wody i ognia elementów pogańskich, osłabił modę utrwaloną przez ubiegłe wieki. Niemniej to uczestnicy wypraw krzyżowych, przemierzając setki kilometrów, w napotkanych przybytkach termalnych pławili się z niesłychaną rozkoszą. Co więcej, to w średniowieczu właśnie wokół kąpieli wytworzył się swoisty klimat obyczajowy. Tu łatwiej niż na suchym lądzie następowało zbliżenie płci. Z czasem łaźnia zyskała, niestety, skojarzenia z rozpustą a nawet domem publicznym.

Poważny kryzys wodolecznictwa i terapii pochodnych przypada na wiek XVII. Barokowe strojne damy, nie mówiąc o markizach, baronach itp., mieli poważny problem z higieną. Ich kontakt z wodą ograniczał się do podziwiania wersalskich fontann. I ta zła passa fatalnych nawyków została przełamana dopiero w kolejnych wiekach. Wiek XVIII i XIX uchodzą za stulecia rozkwitu miejscowości uzdrowiskowych, do których nieprzerwanie podróżowali ludzie tamtych czasów. To wtedy powstał polski Sopot, odkryty przez napoleońskiego lekarza Jana Jerzego Hoffnera, czy belgijskie miasto Spa, słynne z leczniczych gorących źródeł. Obywatele z wyższych sfer upodobali sobie angielskie Bath, pamiętające jeszcze Celtów, zażywających tu wcześniej kąpieli. Szczególnie modną letnią stolicą Europy stało się Baden-Baden, położone w południowych Niemczech. Wielcy tamtocześni  lubili też bywać u czeskich wód. Odnalezione w termalnych wodach Teplic celtyckie i rzymskie monety, potwierdzają hipotezy, iż to czeskie spa ma ponad 2000 lat. Do wielkich uzdrowisk Czech zaliczyć też wypada: Carlsbad, czyli Karlowe Vary, dokąd przez stulecia zjeżdżały głowy państw, artyści i sławy świata biznesu, Marienbad, czyli Mariańskie Łaźnie, gdzie bywał m.in. Goethe, Strauss, Kafka czy Nobel i wreszcie Franzensbad, Franciszkańskie Łaźnie, których wody służyły już kuracjuszom XII-wiecznym. Wieloma cudownymi kurortami szczyciły się Węgry. Bardzo popularnym celem podróży do wód był Keszthely oraz Heviz ze swoim największym w Europie jeziorem termicznym, bogatym w siarkę i kwas węglowy. Wieloma kurortami w omawianym czasie szczyciła się też Francja. Oferowała głównie 60-kilometrowy trakt Côte d’Azur nad Morzem Śródziemnym wraz z przesławnymi miejscowościami: Saint Tropez, Cannes, Niceą, Monte Carlo czy Saint Maxime, zapraszając do alpejskich uzdrowisk w Evian, Alevard, Challe czy Kriage. Wyjątkową pozycję wśród uzdrowisk pirenejskich zajmowało Lourdes ze swoimi cennymi źródłami.
Na tym tle jest i co powiedzieć o polskich uzdrowiskach i o polskich wojażerach. Wyjazdy kuracyjne nabrały intensywności wśród Polaków dopiero w XVI wieku. Najpierw podróżowano na kuracje zagraniczne z braku własnej infrastruktury wodoleczniczej. Niby narodziło się w Polsce w XVI wieku znawstwo balneologiczne (tj. medycyny uzdrowiskowej, zajmującej się badaniem właściwości wód podziemnych i borowin oraz ich zastosowania w lecznictwie), to jednak krajowe zdroje, jak na przykład Szkło pod Jaworowem, przyciągały niewielu kuracjuszy. Największym powodzeniem wśród polskiej szlachty, stanowiącej znakomitą większość klienteli, cieszyły się ciepłe źródła położone na Śląsku, nieopodal granic z Rzeczpospolitą. Najpopularniejszym kierunkiem były Cieplice (zwane Bad Warmbbrunn lub Wodami Hirszberskimi). Według kronikarskich zapisków, do Cieplic już od końca XV wieku zjeżdżało wielu gości z Polski i z innych krajów. Ale jednak nasi XVI-wieczni rodacy, z racji ogromnej popularności włoskich wojaży w okresie renesansu, wybierali italskie cieplice, głównie w Abano Terme pod Padwą i Bagna di Lucca w Toskanii. Wspomina o tym polski humanista, Łukasz Górnicki, który, pisząc poradnik wychowania dobrego dworzanina, nie omieszkał zauważyć, z jak wielką częstotliwością odwiedzali Polacy te uzdrowiska. Około połowy szesnastego stulecia z ciepłych kąpieli we Włoszech korzystał też Jan Kochanowski a pod koniec wieku na kuracje przybył tu Krzysztof Mikołaj Radziwiłł wraz ze swoją żoną Katarzyną z Tęczyńskich.

Wiedza na temat wyjazdów leczniczych do wód nie była niczym nowym w tamtym czasie, ale zdarzały się opinie niewiarygodnie naiwne. I tak to, w sprawie zamierzonej podróży do Włoch wyżej wymienionego Radziwiłła, głos zabrał Lech Sapieha, odradzając mu w liście wyjazd do uzdrowiska z ciepłymi wodami. Uważał, że może to być zabójcze dla Radziwiłła, który cierpiał na jakiś rodzaj zapalenia wątroby. Kąpiel w ciepłych źródłach, dowodził Sapieha, może wątrobę zapalić. Ale K.M. Radziwiłł zignorował „dobre rady” i mimo wielkiej uciążliwości podróży przy ówczesnym stanie dróg i środków lokomocji (podróż do Włoch trwała nawet do 3 miesięcy), podjął, jak wielu naszych rodaków, zagraniczny wyjazd leczniczy, widząc w tym zapewne ostatnią szansę na odzyskanie zdrowia.

O XVII wieku, w kontekście wodnej absencji, a tym samym poniekąd ignorowaniu zdrowia cielesnego, była już wzmianka. Nie inaczej działo się wśród polskich elit. Dopiero w osiemnastym stuleciu, przynoszącym niebywały postęp w rozbudowie infrastruktury uzdrowiskowej, znacząco wzrosła w stosunku do wyjazdów staropolskich liczba kuracjuszy i charakter wyjazdów leczniczych. Na czym polegała różnica? Najbardziej upatruje się jej w tym, że o ile wcześniej podróże do wód czy peregrynacje do cieplic i uzdrowisk podyktowane były wyłącznie chęcią podjęcia tam leczenia, o tyle w II połowie XVIII wieku, obok pobudek zdrowotnych, częstą motywacją wyjazdów była turystyka, rekreacja i aspekt towarzyski. W szczególności przedstawiciele polskiej magnaterii traktowali pobyt u wód jako miejsce spotkań osób z towarzystwa, znużonych codzienną etykietą swoich wytwornych salonów. Z zasady wyjeżdżały tam osoby młode, nie po to, żeby poddawać się zabiegom medycznym, ale przede wszystkim, by prowadzić intensywne życie towarzyskie, spotykać się z przedstawicielami europejskiej arystokracji czy ludźmi kultury.

Prawdziwy boom na uzdrowiska przyniósł kolejny wiek. To tak naprawdę dopiero wtedy wyjazdy „po zdrowie” stały się popularnym zwyczajem wakacyjnym europejskich arystokratów, a miejscowości uzdrowiskowe przeżywały największy rozkwit. Słynne uzdrowisko Vichy – kwintesencja francuskiego stylu i źródło dobroczynnych wód Célestins i Saint-Yorre – rozkwitło za sprawą cesarza Napoleona III, bywalca tej miejscowości. Wprawdzie już od dwustu lat znane były lecznicze i pielęgnacyjne właściwości tutejszego klimatu, przyciągające spragnioną wrażeń zabiegowo-towarzyskich francuską elitę, ale dopiero teraz, po transformacji uzdrowiska, okoliczne parki, kasyna, opera i budynki z salami kąpielowymi zaczęły imponować wymagającym wysokich standardów Europejczykom. Wody Vichy, początkowo lecznicze, zaczęły być wykorzystywane także do zabiegów upiększających.

Mniej więcej w tym czasie żądni nowych doznań podróżnicy do wód zaczynają interesować się Krynicą. Do tutejszych źródeł przyjeżdżają kuracjusze po zajęciu Beskidu Sądeckiego przez Austriaków. Pierwsze rozpoznania zniechęcają jednak; zbyt spartańskie warunki oferowanych usług spowodują, iż trzeba będzie zamknąć w 1852 roku uzdrowisko. W obronie Krynicy stanął wówczas dr Józef Dietl, który wysłał do tutejszych wód swoich pacjentów. W sukurs poszedł mu dr Leon Żuławski. W wydanej przez niego broszurze pt. „Wody żelaziste w Krynicy” czytamy m.in., że niedomagającą niewiastę szybciej postawią na nogi wody krynickie niż nawet najbardziej oddany mąż. Ale bez poprawienia infrastruktury kurortu niewiele by to pomogło. Rzeczywiście, wraz z rozbudową kompleksu uzdrowiskowego, zaczęła się wielka moda na Krynicę. Przybywały tu w okresie letnim damy, przenosząc swoje salony do Krynicy, a tym samym wabiąc ludzi pióra i sztalugi. Wyborowe towarzystwo eksperymentowało z krynickimi wodami. Rano subtelnie kwaskową wodę krynicką mieszano z mlekiem, wieczorem – z winem. Smakowała w jednej z konfiguracji niemal jak szampan i ponoć leczyła niestrawności, osłabienia nerwowe a u młodych panien- skutki złamanego serca.

O unikalności innego miejsca na tej z konieczności bardzo ogólnie naszkicowanej mapie uzdrowisk, świadczy specyficzne wymieszanie klimatu leczniczego i twórczego – ot, ciechocińskie genius loci!

Ale sława Ciechocinka nie przyszła od razu. Niedostatek soli na Kujawach był tak dokuczliwy, że, począwszy od czasów Sejmu Czteroletniego, poprzez okres, gdy ziemie te stały się częścią Prus, trwały tu poszukiwania spodziewanych skarbów mineralnych. W 1823 roku przyznano pierwsze kredyty na prace badawcze oraz wiercenia w Ciechocinku, budowę i rozbudowę „warzelników” i zainstalowanie w nich „machin” parowych oraz wybudowanie dwóch pierwszych tężni. Dwadzieścia kilka lat później stanęły tężnie solankowe, tworząc jeden z największych kompleksów tężniowych w Europie. Tężnie to ogromne rusztowania, w których poziomo ułożone są gałęzie tarniny, po których z góry sączy się w dół solanka i, parując, po drodze osiąga stężenie z 9 do 30%. Rozpryskująca się solanka tworzy wokół tężni swoisty mikroklimat, który jest jednym z podstawowych czynników leczniczych tego uzdrowiska, odwiedzanego przez kuracjuszy, żądnych kąpieli solankowych od 1836 roku, gdy w czterech wannach, ustawionych w miejscowej oberży, zanurzyli się pierwsi kuracjusze. Rosła sława ciechocińskiej solanki, soli, szlamu i ługu, a z nią rozrastało się uzdrowisko. W 1916 roku Ciechocinek zyskał prawa miejskie. Ta nobilitacja na jakiś czas podniosła prestiż miejsca. Przyjeżdżano tu dla leczenia następujących chorób: „1) Zołzy we wszystkich postaciach, 2) Reumatyzmu stawowego i mięśniowego, 3) Chorób organów kobiecych, 4) Przewlekłego zapalenia stawów i kości urazowego pochodzenia, 5) Przewlekłych chorób narządu nerwowego, 6) Chorób serca i naczyń, 7) Krzywicy (choroby angielskiej), 8) Blednicy i niedokrwistości, 9) Przymiotu w późniejszych okresach, 10) Przewlekłego nieżytu oskrzeli i górnego odcinka dróg oddechowych”. Do wciąż powstających nowych zakładów leczniczych przyjeżdżali wszyscy spragnieni zabiegów świetlnych i elektrycznych, błotnych, wodoleczniczych. W tej historii sukcesem pisanej przyszedł jednak moment pewnej recesji – były to lata po I wojnie światowej. Ale miasteczko w swojej infrastrukturze czyniło wszystko, by być atrakcyjnym dla kuracjuszy; powstawały więc nowe szpitale, pensjonaty, wille, z czasem sanatoria, sale do gimnastyki leczniczej, ale też budynek teatralny, by móc na deskach ciechocińskiego teatru gościć świtę artystyczną. Bo , oprócz tężniowego powietrza, wyższej niż w Warszawie wilgotności, pozwalającej wybujać obficie roślinności, wiślanego uroczego sąsiedztwa, w Ciechocinku szukano „zdroju”, ożywiającego życie towarzyskie i artystyczne.

I o tym właśnie, jak z pierwotnie a i prymitywnie urządzonego zakładu leczniczego uzdrowisko – miasto stało się, dzięki niezmordowanej energii i rozumnej gospodarce wielu, którzy ukochali to miejsce oraz ideę balneologii, kurortem, ta opowieść będzie się toczyć wielowątkowo. A że Ciechocinek dziś, wedle europejskiego dyktatu miejsc jemu podobnych a także rodzimej spuścizny, jest urządzany na najświetniejszą modłę, trzeba tu zajrzeć koniecznie. Bo to tak ważny przystanek dla zdrowia, co się dla ciała i duszy przyczynia!